Scott Jurek i Jenny Jurek Północ. Jak odnalazłem siebie na Szlaku Appalachów

Galaktyka, 2018, 272 strony, red. Elżbieta Derelkowska, sport, bieganie, wspomnienia.

Gdzie on się podziewa? Powinien już tu być.

 

Ponad godzinę temu powinien był wyłonić się spomiędzy drzew i spotkać się ze mną tu, na tym skrzyżowaniu. Od rana pada, prawdziwy potop, więc nie wiem, może skręcił kostkę na błocie albo zaliczył paskudny upadek i teraz siedzi gdzieś na kamieniu, czeka, aż go znajdę. Nie bez powodu nazywam go „Wielkim Łup!” – co rusz zawadzi którąś ze swoich „stópek”, mieszczących się do butów numer czterdzieści sześć, o jakąś skałkę albo wystający korzeń i rąbnie o ziemię z głośnym łupnięciem tym swoim mierzącym bez mała metr dziewięćdziesiąt ciałem. Jakimś sposobem – być może dzięki temu, że ma dwudziestopięcioletnie doświadczenie w bieganiu w terenie – zawsze udaje mu się uniknąć poważnego urazu. Ale może tym razem szczęście go zawiodło?

 

Ostatni raz widziałam go na rozstaju pomiędzy dwiema górami, w miejscu, które na głębokim Południu określają mianem gap. Pochodzę z zachodniej części Stanów i nigdy wcześniej nie słyszałam tego słowa używanego w takim kontekście. Forma ukształtowania terenu, na którą Południowcy mówią gap, dla mnie nosi nazwę pass, czyli przełęczy, a dla Francuzów – col; to najniższy punkt grzbietu górskiego albo siodło pomiędzy dwoma szczytami. Na Sams Gap (przełęcz Samsów) zauważyłam, że lekko utyka, ale zlekceważyłam to, ponieważ każdego poranka zaczynał wędrówkę sztywny jak deska, a jego mięśnie rozluźniały się dopiero około południa. Zgodnie z naszymi wyliczeniami, powinien pokonać dwadzieścia jeden i pół kilometra szlaku do Spivey Gap (przełęcz Spiveyów) w trzy godziny z małym hakiem. Na przestrzeni ostatnich siedmiu dni uświadomiłam sobie jednak, że przebiegnięcie każdego kolejnego odcinka zajmuje mu znacznie więcej czasu, niż zakładaliśmy, i że utrzymanie stałego tempa sześciu i czterech dziesiątych kilometra na godzinę nawet dla niego okazuje się zaskakująco trudne.

 

Na Szlaku Appalachów nosi przydomek El Venado, co po hiszpańsku oznacza jelenia. Cechy tego zwierzęcia dostrzegł w nim nieżyjący już Caballo Blanco, widząc jego styl biegania w Miedzianym Kanionie. Większość ludzi zna go jednak raczej jako Scotta Jurka, podobno jednego z najlepszych ultramaratończyków w historii. Dla mnie, począwszy od 2001 roku, w którym poznaliśmy się w Seattle, zawsze będzie po prostu Jurkerem. Tak nazywają go przyjaciele, przekręcając jego nazwisko i wytykając mu stereotypową minnesocką uprzejmość.

 

Copyright for the Polish edition by Galaktyka, 2018.

Wix.com 2020