Omar El Akkad Ameryka w ogniu

W.A.B., 2018, 464 strony, red. Krystian Gaik, powieść dystopijna.

W młodości zbierałem pocztówki. Trzymałem je w pudełku po butach pod łóżkiem w sierocińcu. Później, kiedy przeprowadziłem się do mojego pierwszego domu w Nowym Anchorage, chowałem pudełko na dnie starej beczki na ropę, która stała w niszczejącej szopie na narzędzia. Przez większość życia zajmowałem się historią wojen, zaś w kolekcjonowaniu ujęć świata, jaki niegdyś był, wyidealizowanych i pogodnych, odnajdywałem pewnego rodzaju równowagę.

 

Czasem nachodziła mnie myśl o pozbyciu się beczki. Martwiłem się, że ktoś, na przykład kolega z uczelni, odkryje jej zawartość i zinterpretuje jako drażliwą deklarację polityczną, podobną wywieszonym flagom secesjonistów albo wybebeszonym krążownikom szos przed domami w dawnym kraju Czerwonych – bezradnym dekoracjom buntu, probierzom zabitej i zabójczej przeszłości. Było nie było, jestem Południowcem z urodzenia. I choć przybyłem na tereny neutralne w wieku sześciu lat i nigdy z nikim nie rozmawiałem na temat mojego najwcześniejszego dzieciństwa, to jednak nie mogłem wykluczyć tego, że niektórzy z moich kolegów skrycie wierzyli, iż w moich żyłach nadal krąży odrobina buntowniczej Czerwieni.

 

Moje ulubione pocztówki pochodzą z lat trzydziestych i czterdziestych, z ostatnich dekad przed tym, jak planeta zwróciła się przeciwko krajowi, a kraj przeciw samemu sobie. Zdjęcia ukazują plaże nad wielkimi oceanami, zanim pochłonął je rosnący poziom mórz; pejzaże Południowego Zachodu, zanim obróciły się w pogorzelisko; równiny Środkowego Zachodu, puste i nieskończone pod najbłękitniejszym niebem, jakie istniało, zanim zapełniły się wysiedleńcami znad wybrzeży, uczestnikami Wielkiej Wędrówki. Fotograficzna pamiątka po Ameryce, która istniała w pierwszej połowie dwudziestego pierwszego wieku: kwitnącej, rozpasanej, nieświadomej.

 

Pamiętam pierwszą pocztówkę, którą kupiłem – była to widokówka starego Anchorage. Nadbrzeżna panorama miasta pokrytego grubą warstwą świeżego śniegu, woda upstrzona płatami kry, słońce zawieszone nisko nad górami.

 

Miałem sześć lat, kiedy zobaczyłem swój pierwszy alaskański zachód słońca. Stałem na pokładzie łodzi przemytników – ja, spalony słońcem Georgii chłopiec; ja, uchodźca. Pamiętam, jak na rzęsach wylądowały mi osobliwe białe płatki, i to, że mimowolnie zacząłem szczękać zębami. Po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się zimno. Nieco ponad wierzchołkami wzniesień ujrzałem zamarznięte żółtko na niebie i pomyślałem, że dotarłem na absolutny koniec żywego świata. Osiągnąłem kres wszelkiego ruchu.

 

Copyright for the Polish translation by Jacek Żuławnik, 2018.

Wix.com 2020