Rachel Cusk Kontury

W.A.B., 2016, 288 stron, red. Ewa Rojewska-Olejarczuk, powieść współczesna.

Przed wylotem dostałam zaproszenie do londyńskiego klubu na lunch z miliarderem o liberalnych, jak mnie zapewniono, poglądach. Przyszedł ubrany w koszulę rozpiętą pod szyją i opowiedział, nad czym obecnie pracuje: nad nowym oprogramowaniem dla firm, typującym z dużym prawdopodobieństwem pracowników mogących w przyszłości dopuścić się kradzieży bądź ujawnienia sekretów przedsiębiorstwa. Mieliśmy omówić kwestię magazynu literackiego, do którego założenia się przymierzał; niestety, musiałam wyjść, zanim zdążyliśmy poruszyć ten temat. Nalegał, że zapłaci za taksówkę na lotnisko. Zgodziłam się, bo byłam spóźniona i miałam ciężką walizkę.

 

Miliarder palił się do przedstawienia mi zarysu historii swojego życia, które rozpoczęło się mało obiecująco, po czym – rzecz jasna – osiągnęło etap, w którym dziś naprzeciwko mnie siedział rozluźniony majętny mężczyzna. Przyszło mi do głowy, że może tak naprawdę zapragnął zostać pisarzem, a magazyn literacki miał być jego przepustką do kariery. Wiele osób chciałoby zacząć parać się pisarstwem; dlaczego by nie wkupić się w tę profesję? Mój rozmówca wielokrotnie torował sobie drogę pieniędzmi – i ratował się nimi z opresji. Wspomniał, że pracuje nad projektem zmierzającym do odsunięcia prawników od sfery osobistej ludzkiego życia. Oprócz tego tworzył plany pływającej farmy wiatrowej, na tyle okazałej, by pomieściła całą społeczność personelu niezbędnego do obsługi urządzeń; gigantyczna platforma znajdowałaby się w tak dużej odległości od lądu, że z wybrzeża – na którym miał nadzieję przeprowadzić program pilotażowy i na którym nawiasem mówiąc, znajdował się jego dom – nie byłoby widać szpetnych turbin. W niedziele grywał na perkusji w zespole rockowym – ot, dla przyjemności. Czekał na narodziny swojego jedenastego potomka, co nie przeraża aż tak bardzo, kiedy weźmie się pod uwagę, że kiedyś z żoną adoptowali gwatemalskie czworaczki. Z trudem przyswajałam wszystko, o czym mi opowiadał. Kelnerki wciąż donosiły nowe potrawy: ostrygi, sosy, odpowiednie wina. Łatwo się rozpraszał, jak dziecko, które dostało zbyt wiele prezentów pod choinkę. Odprowadzając mnie do taksówki, powiedział: „Miłego pobytu w Atenach”, choć nie przypominam sobie, żebym zdradziła, że tam właśnie się wybieram.

 

Pasażerowie w kabinie samolotu stojącego na pasie lotniska Heathrow w milczeniu czekali na wzbicie się maszyny w powietrze. Stewardesa stała w przejściu i za pomocą rekwizytów i gestów ilustrowała instrukcje wypowiadane przez głos z taśmy. My zaś, zbiorowisko obcych sobie ludzi, siedzieliśmy przypięci pasami w ciszy takiej jak ta, w której pogrążają się wierni podczas liturgii. Stewardesa pokazała kamizelkę ratunkową z gwizdkiem, wyjścia awaryjne i maski tlenowe z długimi przezroczystymi rurkami. Omówiła prawdopodobieństwo katastrofy i śmierci, tak jak ksiądz wprowadza parafian w zagadnienia czyśćca i piekła. I nikt z nas nie rzucił się do ucieczki, choć miał na to czas. Słuchaliśmy jednym bądź obojgiem uszu, myśląc o innych rzeczach, jak gdyby to połączenie formalności i czarnowidztwa przydawało nam jakiejś wyjątkowej hardości. Cisza pozostała niezmącona, nawet kiedy głos w nagraniu poruszył temat masek tlenowych; nikt nie zaprotestował, nikt nie wyraził sprzeciwu wobec przykazania, które mówi, że w pierwszej kolejności należy zatroszczyć się o siebie, a dopiero potem o innych. Nie byłam jednak pewna, czy to do końca prawda.

 

Copyright for the Polish translation by Jacek Żuławnik, 2016.

Wix.com 2020