Scott Carney Co nas nie zabije

Galaktyka, 2017, 294 strony, red. Elżbieta Derelkowska, sport, metoda Wima Hofa.

Nie lubię cierpieć. Nie przepadam też za sytuacją, kiedy jest mi zimno, mokro i głodno. Gdybym miał jakieś totemiczne zwierzę, pewnie byłaby nim meduza, unosząca się na powierzchni oceanu w stanie wiecznego zadowolenia. Od czasu do czasu posilałbym się przepływającym fitoplanktonem, czy czym tam się żywi meduza, i wykorzystywałbym pływy oceanu do trwania w optymalnym zanurzeniu. Gdyby mi się poszczęściło i przyszedłbym na świat jako Turritopsis dohrnii, tak zwana nieśmiertelna meduza, nie musiałbym się nawet przejmować umieraniem. Kiedy przyszłaby na mnie kreska, skurczyłbym się do brejowatej kulki i rozwinął kilka godzin później jako odświeżona, odmłodniała wersja siebie samego. Tak, byłoby cudownie żyć jako meduza.

 

Niestety, okazuje się, że nie jestem bezkształtną kluchą morskiej brei. Jako człowiek stanowię ostatni na razie etap trwającego kilkaset milionów lat rozwoju ewolucyjnego, licząc od czasów, w których wszyscy byliśmy zaledwie kroplą w pierwotnej zupie. Większość poprzednich pokoleń nie miała lekko. Nasi przodkowie musieli wykazywać się większym sprytem niż polujący na nich drapieżcy, znosić głód, unikać kataklizmów grożących zagładą całego gatunku, a także prowadzić z jawnie wrogim środowiskiem bezpardonową walkę o przetrwanie, której reguły nieustająco się zmieniały. Spójrzmy prawdzie w oczy: większa część naszych niedoszłych antenatów opuściła ten świat, nie zdążywszy przekazać genów.

 

Ewolucja to nieustanna bitwa, której etapami są niewielkie zmiany wprowadzane na przestrzeni całych pokoleń – bitwa, w której tylko szczególnie sprawni lub mający więcej szczęścia wyprzedzają pechowców z genetycznych ślepych odgałęzień. Nasze ciało wciąż się co prawda przekształca, ale sądzę, że gdybyśmy cofnęli zmiany, które nawarstwiły się przez wieki i które doprowadziły nas do dzisiejszego stanu, w głębi naszego ludzkiego jestestwa odkrylibyśmy… meduzę.

 

A to dlatego, że dysponujemy układem nerwowym niemal doskonale skrojonym do homeostazy, tego naturalnego stanu, w którym środowisko zaspokaja wszelkie fizyczne potrzeby organizmu. Nasz układ nerwowy reaguje odruchowo na wyzwania, jakie rzuca mu świat: powoduje skurcz mięśni, uwalnia hormony, reguluje temperaturę ciała i wykonuje miliony innych zadań, które dają nam przewagę w określonej chwili.

 

Pomijając sytuacje nagłego zagrożenia i walki o przetrwanie, ludzkie ciało najchętniej pozostawałoby w spoczynku i nic nie robiło. Wykonywanie każdej czynności wymaga pożytkowania energii, którą nasz organizm wolałby zmagazynować na wypadek, gdyby jej później potrzebował. Większością tych funkcji organizmu zawiadują mechanizmy działające tuż poza świadomością, lecz gdyby to, co powoduje układem nerwowym, mogło się wypowiedzieć, stwierdziłoby zapewne, że organizm, za który jest odpowiedzialne, najlepiej sprawowałby się w stanie wiecznego, pozbawionego napięć komfortu.

 

Czym jednak jest ów komfort? Nie tyle tak naprawdę uczuciem, co brakiem rzeczy i zjawisk powodujących dyskomfort. Nasz gatunek być może nie przetrwałby żmudnych, mozolnych, choć koniecznych wędrówek przez gorące pustynie i lodowate pasma górskie, gdyby nie nadzieja na czekającą u końca podróży taką czy inną fizyczną nagrodę za trud. Gasimy pragnienie, nakładamy warstwy ubrań w mroźne zimowe dni, myjemy ciało, ponieważ pragnienie wygody jest zakorzenione w naszym mózgu. Chodzi o to, co Freud nazwał „zasadą przyjemności”.

Copyright for the Polish edition by Galaktyka, 2017.

Wix.com 2020