Melanie Benjamin Łabędzie z Piątej Alei

W.A.B., 2017, 400 stron, red. Katarzyna Skwark, powieść obyczajowa.

Powolne, piękne, samotne. Łabędzie wyciągnęły śliczne szyje i odwróciły wzrok ku temu, który stał na brzegu ze stopami zatopionymi w błocie. Zatrzepotały rzęsami, zaszeleściły piórami i podpłynęły do przewodniczki, najpiękniejszej z nich wszystkich. Odgłos towarzyszący sunięciu ich pełnych gracji ciał po wodzie przypominał westchnienie i był jedynym słyszalnym dźwiękiem.

 

Stał na brzegu, załamywał ręce i zmuszał się, by choć ten jeden raz stać spokojnie, mimo że miał dziecinną ochotę poskakać najpierw na jednej, potem na drugiej nodze. Wypełniała go znajoma obawa: że jest za mało dobry, za mało odważny, za mało przystojny, za niski – w ogóle nie dość. Niemniej żywił nadzieję, marzył, czekał. Wstrzymując oddech, utkwił spojrzenie w przewodniczce, najbardziej olśniewającej z nich wszystkich. Posłał jej, i tylko jej, oddech, jakby zdmuchiwał świeczki na torcie – posłał go, licząc, że wiatr porwie i zaniesie ku niej tę modlitwę.

 

Kiedy pochyliła cudną głowę w stronę pozostałych łabędzi, wiedział, że słucha uważnie, jakby chodziło o uroczysty obrzęd; jakby na świecie nie istniał żaden inny temat godny jej uwagi, żadnych wojen, śmierci, traktatów i dylematów. Jedynie to: jego szczęście.

 

Pozostałe łabędzie szeptały, szeptały. Któryś zasyczał, ale on nie potrafił powiedzieć który. Potem rozbiły szyk, rozpłynęły się w z góry ustalonym porządku, doskonałym łukiem otoczyły przewodniczkę, która pozostała nieruchoma i nadal skłaniała się w zamyśleniu.

 

Następnie podniosła głowę, obróciła się i spojrzała na tego, który wciąż stał na brzegu. Wszystkie przeniosły na niego spojrzenie. Zgodnym, przećwiczonym ruchem przywołały go oślepiająco białymi skrzydłami, przypominającymi ramiona, co dopiero wtedy sobie uświadomił. Ramiona białe jak pantera śnieżna, bielsze niż perły na delikatnych szyjach łabędzi.

 

Przewodniczka nie przywoływała. Ale też nie odrywała od niego spojrzenia ciemnych oczu, tych mieniących się kręgów niezgłębionej samotności, nawet kiedy jego stopy dostały skrzydeł. Kiedy zaczął prześlizgiwać się po powierzchni wody, choć nie był łabędziem, nie, nigdy nie miał być jednym z nich, o czym wiedział. Był nimfą, wiszącą w powietrzu ważką – duszkiem, który lądował pośród łabędzi, wybuchając rozkosznym śmiechem. Śmiały się razem z nim, wszystkie one – z wyjątkiem przewodniczki.

 

Ona jedynie mu się przyglądała, gdy krążył od jednej do drugiej, podawany jak niemowlę. Kiedy skończyły, posadziły go na wodzie i wróciły na swoje miejsce, znalazł się pomiędzy nimi a przewodniczką. Niepewny, choć odurzony radością i poczuciem przynależności, zrobił krok w jej kierunku, wciąż nie mogąc się nadziwić, że woda pod jego stopami nie jest wodą, lecz wypolerowanym marmurem, pióra łabędzi zaś nie są piórami, ale futrem, kaszmirem, jedwabiem i atłasem, połączonymi nićmi i ręcznie przyszytymi do ich zdyscyplinowanych ciał, stworzonych po to, by je ozdabiać.

 

Jego łabędź – tak o niej myślał i myśleć będzie zawsze, tak ją nazywał, rościł sobie do niej prawo, już zapominał, że przywilej wyboru nie należy do niego – wyciągnął do niego dłoń, a on ją przyjął, ufny jak dziecko. Psotny jak urwis.

 

Wtedy łabędzie zwarły wokół niego szereg.

 

I był u siebie.

 

Copyright for the Polish translation by Jacek Żuławnik, 2017.

Wix.com 2020