John Banville Prawo do światła

Świat Książki, 2015, 302 strony, red. Joanna Popiołek, powieść współczesna.

Billy Gray był moim przyjacielem, a ja zakochałem się w jego matce. Zakochać to może zbyt mocno powiedziane, ale nie znam łagodniejszego określenia, które by tutaj pasowało. Zdarzyło się to pół wieku temu. Miałem piętnaście lat, a pani Gray była trzydziestopięcioletnią kobietą. Takie rzeczy łatwo się mówi, bo słowa same w sobie nie mają wstydu i nie bywają zaskoczone. Niewykluczone, że pani Gray wciąż żyje. Miałaby teraz ile – osiemdziesiąt trzy, osiemdziesiąt cztery lata? W tych czasach kiepski to wiek. A gdybym zechciał ją odnaleźć? To by dopiero były poszukiwania! Chciałbym znów się zakochać, znów kochać, jeszcze jeden raz. Przyjęlibyśmy serię zastrzyków z małpich gruczołów i oboje, ona i ja, bylibyśmy tacy, jak pięćdziesiąt lat temu: bezsilni w uniesieniach. Ciekaw jestem, co u niej, oczywiście o ile nadal przebywa wśród żywych. Była wtedy nieszczęśliwa, tak bardzo nieszczęśliwa, na przekór swej dzielnej, niewyczerpanej wesołości, i mam nadzieję, że los się dla niej odmienił.

Co dziś, w tych łagodnych, jasnych dniach u schyłku roku, pamiętam o niej? Obrazki z odległej przeszłości tłoczą się w mojej głowie, nie zawsze potrafię oddzielić wspomnienia od tworów wyobraźni. Nie to, żeby między nimi istniały jakieś wielkie różnice, o ile w ogóle czymkolwiek się różnią. Niektórzy mówią, że nieświadomie wszystko sami na bieżąco wymyślamy, koloryzujemy i upiększamy, i jestem skłonny dać temu wiarę, albowiem rzeczywiście Pani Pamięć jest wielką i subtelną symulantką. Wspomnienia, gdy im się przyglądam, płyną wartkim strumieniem, niemającym początku, niezmierzającym ku żadnemu końcowi, przynajmniej nie takiemu, którego miałbym doświadczyć, chyba że mowa o ostatecznym końcu, kropce wieńczącej zdanie. Rupiecie, które wyławiam z potoku szczątków – a czymże jest życie, jeśli nie stopniowym rozpadem? – i następnie wystawiam w szklanej gablocie, mogą się wydawać wybrane z rozmysłem, ale w rzeczywistości są przypadkowe; być może są reprezentatywne, może nawet przekonujące, ale tak czy owak, losowe.

Pani Gray miała dwa pierwsze objawienia w moim życiu, w odstępie kilku lat. Całkiem zresztą możliwe, że ta pierwsza kobieta wcale nie była nią, a tylko jej zwiastowaniem, że się tak wyrażę, lubię jednak myśleć o nich jak o jednej osobie. Był, rzecz jasna, kwiecień. Pamiętacie kwiecień z czasów naszej młodości: wrażenie płynnego pośpiechu, wiatr zgarniający błękit z nieba, ptaki siedzące jeden obok drugiego na pączkujących drzewach? Miałem dziesięć albo jedenaście lat. Wszedłem przez bramę kościoła pod wezwaniem Matki Bożej Niepokalanej, jak zwykle ze zwieszoną głową – Lydia mówi, że kiedy idę, wyglądam jak wieczny pokutnik – i zanim zobaczyłem tę kobietę, usłyszałem jej rower, a konkretnie świst opon, dźwięk, który wydawał mi się fascynująco erotyczny, kiedy byłem małym chłopcem, i nawet teraz, sam nie wiem czemu, wywołuje we mnie emocjonujące skojarzenia. Kościół stał na wzniesieniu. Kiedy podniosłem wzrok i ujrzałem ją, jak zbliża się, mając wieżę za plecami, przyszła mi do głowy elektryzująca myśl, że oto zstępuje z nieba, a ten szum, który słyszę, wcale nie pochodzi od kół toczących się po asfalcie, lecz jego źródłem są skrzydła młócące powietrze. Jechała na luzie, niemal prosto na mnie, swobodnie odchylała się do tyłu i prowadziła jedną ręką. Miała na sobie gabardynowy płaszcz przeciwdeszczowy, którego poły łopotały jak, zgadza się, jak skrzydła, a także niebieski pulower, włożony na bluzkę z białym kołnierzykiem. Widzę ją jak żywą! Chyba ją sobie wymyśliłem, to znaczy chyba wymyśliłem wszystkie te szczegóły. Miała szeroką, luźną spódnicę, którą wiosenny wiatr nagle schwycił i poderwał, odsłaniając wszystko, co znajdowało się pod spodem. O, tak.

Dziś wmawia nam się, iż nie ma żadnej różnicy w tym, jak obie płcie doświadczają świata, ale idę o zakład, że żadna kobieta nie zaznała tej mrocznej rozkoszy, która wypełnia każdego przedstawiciela męskiego rodu w dowolnym wieku, od dwu- do stulatka, na widok przypadkowo odsłoniętych intymnych części kobiecego ciała, jak je kiedyś uroczo nazywano. Wbrew temu, co sądzą kobiety, oraz, jak przypuszczam, rozczarowująco dla nich, to nie mignięcie ciała powoduje nasz zachwyt, nie ono sprawia, iż zasycha nam w gardle, a oczy wychodzą z orbit, lecz czynią to jedwabiste fałdki materiału stanowiące ostatnią osłonę kobiecej nagości i to na nich skupiamy wzrok. To nie ma sensu, wiem, ale gdyby w słoneczny dzień na zatłoczonej plaży stroje kąpielowe kobiet jakaś magiczna sztuczka przemieniła w bieliznę, wszyscy znajdujący się tam mężczyźni, od małych nagusków z wydętymi brzuszkami i tycimi siusiakami, przez umięśnionych ratowników, po mężów pantoflarzy z podwiniętymi nogawkami i chusteczkami na głowach powiadam: wszyscy w jednej chwili zamieniliby się w stado napalonych satyrów o przekrwionych oczach.

Myślę zwłaszcza o tych dawnych czasach, kiedy byłem młody, a suknie – wszystkie kobiety nosiły wtedy sukienki, z wyjątkiem golfistek i tej czy owej prowokacyjnej gwiazdy filmowej w plisowanych spodniach – przypominały żywą reklamę sklepu dostawcy okrętowego przez tę mnogość rodzajów i kształtów olinowania i ożaglowania: foki, kliwry, bezany, gorsety. Moja Pani na Rowerze, w podwiązkach i perłowobiałych atłasowych majtkach, werwą i wdziękiem nie ustępowała strymowanemu szkunerowi, nieustraszenie prującemu fale w kursie na północny zachód. Wydawała się tak samo jak ja zaskoczona tym, co wiatr zrobił z jej skromnością. Spojrzała na siebie, potem na mnie, uniosła brwi, ułożyła usta, jakby chciała powiedzieć „O”, roześmiała się bulgocząco, wolną ręką niedbałym ruchem poprawiła i wygładziła spódnicę, zasłaniając kolana, i beztrosko pomknęła dalej, mijając mnie. Ujrzałem w niej zstępującą z nieba boginię, ale kiedy się odwróciłem, zobaczyłem zwykłą kobietę jadącą na dużym czarnym rowerze, kobietę w modnym podówczas płaszczu z pagonami i rozłożystymi połami, w pończochach z przekrzywionym szwem i z kanciastą fryzurą, jaką nosiła również moja matka. Wjeżdżając w bramę, roztropnie zwolniła, aż zarzuciło przednim kołem. Dała sygnał dzwonkiem, po czym skręciła w lewo w Church Road.

Copyright for the Polish translation by Jacek Żuławnik, 2015.

Wix.com 2020