Jake Adelstein Zemsta yakuzy. Mroczne kulisy japońskiego półświatka

PWN, 2014, 432 strony, red. Renata Lewandowska, reportaż, wspomnienia.

– Skasuj tekst albo skasujemy ciebie. Ale najpierw twoją rodzinę, żebyś przed śmiercią dostał nauczkę.

 

Elegancko ubrany egzekutor mówił bardzo powoli, tak jak mówi się do idiotów i do dzieci. Czasem Japończycy mówią w ten sposób do oczywiście niczego nierozumiejących obcokrajowców.

 

Propozycja była prosta i uczciwa.

 

– Zostaw tę sprawę i odejdź z pracy, a o wszystkim zapomnimy. Napisz artykuł, a nie zdołasz się przed nami ukryć, dopadniemy cię wszędzie. Zrozumiałeś?

 

Nie warto zadzierać z Yamaguchigumi, największą japońską organizacją przestępczą, liczącą prawie czterdzieści tysięcy członków – jest kogo wkurwiać.

 

Japońska mafia. Potocznie nazywa się ją yakuzą, ale wielu gangsterów woli mówić o sobie gokudō, co dosłownie oznacza „ostateczna droga”. Gang Yamaguchigumi plasuje się na samym szczycie przestępczej hierarchii. Spośród wielu podgrup, składających się na Yamaguchigumi, zrzeszająca ponad dziewięciuset członków banda Gotōgumi jest najbrutalniejsza i najniebezpieczniejsza. To jej żołnierze są zdolni do tego, by pokroić twarz reżyserowi filmowemu, zrzucić człowieka z balkonu w hotelu albo wjechać buldożerem do czyjegoś domu. Tego typu historie mają na koncie.

 

Mężczyzna siedzący naprzeciwko i proponujący mi układ należał właśnie do Gotōgumi.

 

Jego oferta nie zabrzmiała groźnie. Kiedy mówił, wcale nie uśmiechał się szyderczo i nie mrużył oczu jak stereotypowy złoczyńca. Gdyby nie ciemny garnitur, nawet nie wyglądałby jak yakuza. Miał komplet palców. Nie wymawiał „r” z wibracją, tak jak zbiry w filmach. Kojarzył mi się z lekko gburowatym kelnerem w wykwintnej restauracji.

 

Strzepnął popiół z papierosa na podłogę, następnie zdusił peta w popielniczce w zupełnie pozbawiony dramatyzmu sposób. Zapalił kolejnego papierosa pozłacanym dunhillem. Preferował hope’y. Białe pudełko, drukowane litery – dziennikarze zwracają uwagę na takie rzeczy. To nie były zwyczajne hope’y, lecz połówki, krótsze, zawierające więcej nikotyny. Bardziej zabójcze.

 

Yakuza nie przybył na spotkanie sam. Jego towarzysz milczał. Cichy – tak go ochrzciłem – był chudy, miał ciemniejszą skórę, końską twarz i rozczochrane długie włosy, ufarbowane na pomarańczowo. Włożył taki sam garnitur jak kolega.

 

Ja również przyszedłem ze wsparciem. Ubezpieczał mnie niski rangą policjant, były funkcjonariusz wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną policji prefektury Saitama. Nazywał się Chiaki Sekiguchi. Był przysadzisty, ciut ode mnie wyższy, miał głęboko osadzone oczy, fryzurę à la Presley w latach pięćdziesiątych i skórę niemal tak samo ciemną jak moja. Często brano go za yakuzę. Gdyby skręcił w stronę bezprawia, na pewno stałby się szanowanym bossem podziemia. Był świetnym policjantem, serdecznym przyjacielem i pod wieloma względami moim mentorem. Sam zaproponował swoją eskortę. Zerknąłem na niego. Uniósł brwi, przekrzywił głowę i wzruszył ramionami. Mam się nie spodziewać porady. Nie teraz. Musiałem liczyć na siebie.

 

– Czy mogę zapalić i przemyśleć ofertę?

 

– Ależ bardzo proszę – odparł yakuza. Sprawiał wrażenie skrępowanego.

 

Z kieszeni marynarki wyjąłem paczkę gudang garamów, indonezyjskich papierosów goździkowych. Zawierały dużo nikotyny i substancji smolistych i pachniały jak kadzidełko. Ich woń przypominała mi czasy, gdy jako student mieszkałem w świątyni zen. Może powinienem był zostać buddyjskim mnichem? Teraz już trochę za późno.

 

Włożyłem papierosa do ust i zacząłem klepać się po kieszeniach, szukając zapalniczki. Egzekutor zręcznie pstryknął swoim dunhillem i podał mi ogień. Uczynny człowiek. Zawodowiec pełną gębą.

 

Patrzyłem, jak dym z papierosa unosi się w postaci koncentrycznych kół. Palące się liście goździków, zmieszane z tytoniem, trzaskały przy każdym zaciągnięciu się. Odnosiłem wrażenie, jakby cały świat ucichł i pozostał jeden dźwięk – szelest palonego papierosa. Z goździkami tak jest, że trzaskają i iskrzą na potęgę. Miałem nadzieję, że nie wypalę sobie – albo jemu – dziury w garniturze. „Ale w sumie – pomyślałem po chwili – wszystko mi jedno”.

 

Copyright for the Polish edition by Dom Wydawniczy PWN, 2014.

Wix.com 2020